Wielbiciele z naszego tournee byli zmęczeni po siedmiu tygodniach festiwali na terenie całej Australii i Nowej Zelandii, mimo to z niecierpliwością oczekiwali dwóch końcowych programów, które miały się odbyć w Hong Kongu.Jednak prawie na nie nie zdążyliśmy. Dzień przed wyjazdem z Auckland, rosyjscy i ukraińscy wielbiciele wciąż nie otrzymali wiz do Hong Kongu. Tego wieczoru zadzwoniłem do Chandrasekhara dasa, jednego z liderów tamtejszej świątyni.- Jest 21.00. Nasz wylot przewidywany jest za dziewięć godzin. Czy wizy już nadeszły? - Jeszcze nie – odrzekł – i sytuacja nie wygląda za dobrze. Cały tydzień próbujemy skontaktować się z urzędem imigracyjnym, ale nie można się dodzwonić. Nasz prawnik próbuje osiągnąć ich specjalnymi kanałami. Zadzwonię, gdy coś się zmieni.Rozumiałem niepokój Chandrasekhara. On i jego grupa miejscowych bhaktów organizowali festiwal od pół roku. Za duże pieniądze wynajęli na dwa wieczory audytorium z tysiącem miejsc na prestiżowym uniwersytecie w centrum Hong Kongu. Nigdy wcześniej ta mała yatra nie porywała się na tak śmiały, nauczający program. Wielu wyjątkowych dygnitarzy - w tym Konsul Generalny Indii - miało w nim uczestniczyć. - Musimy już teraz zacząć opracowywać plan alternatywny – powiedziałem do Śanti Parayana dasa po rozmowie z Chandrasekharem. – Termin ważności naszych nowozelandzkich wiz kończy się jutro rano. Albo polecimy do Hong Kongu, albo wrócimy do Europy. Zadzwoń do naszego agenta podróży do domu i dowiedz się, czy nasze loty mogą zostać zmienione na Londyn. Pozostałym bhaktom powiedziałem, aby poszli spać.
Godziny mijały. Zasnąłem. Moja komórka zadzwoniła o 2.30 w nocy. Chwyciłem ją.- Przyznano wizy! – powiedział podekscytowany Chandrasekhar. – To cud.- Niesamowite! – powiedziałem, natychmiast przebudzony. – Jak to się stało? - Naszej prawniczce udało się jakoś dodzwonić do urzędnika imigracyjnego w Hong Kongu. Było po godzinach pracy, ale ten był akurat jeszcze w swym biurze. Uświadomiła mu ważność festiwalu. Powiedział, że potrzebuje czasu, aby to przemyśleć. Dzwoniła do niego trzy razy w ciągu godziny i wciąż powtarzała o naglącej sytuacji. W końcu zgodził się. Ktoś będzie czekał na was z wizami, gdy wyjdziecie z samolotu. - Mało brakowało – odrzekłem. – Trzy i pół godziny przed odlotem. Pobiegłem do pokoju, gdzie spali mężczyźni.- Pobudka! – powiedziałem głośno, zapalając światło.Powoli otwierali oczy i podnosili się. - Dokąd lecimy? – zapytał Gaura Hari das, przecierając oczy. – Londyn czy Hong Kong?- Hong Kong – powiedziałem z uśmiechem. – I ma nas tu nie być za 45 minut.
Dotarliśmy na lotnisko dosłownie w ostatniej chwili. Ponieważ lecieliśmy kilkoma różnymi samolotami, dałem bhaktom ostatnie instrukcje, jak wypełnić kartę imigracyjną na miejscu.Jedna dziewczyna zabrała głos.- Guru Maharaja, czy port w Hong Kongu nadal pełen jest tych łódek, które nazywają dżonki, tych z dużymi żaglami?- Być może pozostało parę dla turystów – zaśmiałem się. – Ale Hong Kong jest nowoczesnym miastem. To jedna z biznesowych stolic świata. Ja również miałem romantyczne wyobrażenie Hong Kongu przed moją wizytą w tym mieście zeszłego roku. Kiedy jednak przyjechałem, zastałem ultranowoczesne, sprawne i zaskakująco czyste miasto. Chiny zrzekły się Hong Kongu na rzecz Brytyjczyków po wojnach opiumowych w końcu XIX wieku i odzyskały go z powrotem w 1997 roku. Mimo iż większa część kultury chińskiej zniknęła pod władaniem Brytyjczyków, wiele jej aspektów jest wciąż obecnych, i jak moja trupa bhaktów wkrótce odkryła - mieszanka starego z nowym pozostaje tam nawet do dzisiaj. Dzień po naszym przyjeździe podzieliliśmy się na dwie grupy harinamowe, aby reklamować festiwal. Dołączyło do nas 120 bhaktów z różnych miejsc. Ja wyszedłem z jedną grupą, a mój brat duchowy – Bhakti Bringa Govinda Maharaja - który również odwiedzał Hong Kong - wyszedł z drugą.
Gdy moja grupa intonowała i tańczyła radośnie na zatłoczonych ulicach, zatrzymaliśmy się, aby śpiewać przed dużym sklepem wielobranżowym. Wielbiciele byli w szoku, przeczytawszy napisy reklamujące produkty dostępne wewnątrz:„W promocji: Suszone żołądki, zupa z głowy węża i chińskie gąsienice z grzybami.”Ulice były zatłoczone i ciężko było się poruszać, ale ludzie uprzejmie przyjmowali nasze zaproszenia. Po kilku godzinach zobaczyłem tylko niewiele ich porzuconych na ziemi.- To obiecujący znak – pomyślałem. Tego wieczoru Govinda Maharaja poprowadził długi bhajan w małej świątyni. Wielu chińskich bhaktów nie doświadczyło nigdy wcześniej takiego radosnego kirtanu. Tak więc intonowali i tańczyli z wielką przyjemnością. Gdy kirtan trwał, poszedłem porozmawiać z Chandrasekharem do jego biura. - To ambitny plan – próbować zapełnić tysiąc miejsc przez dwa wieczory z rzędu – powiedziałem.- Mam nadzieję, że nam się to uda – odrzekł Chandrasekhar. – Obecnie wielu ludzi w Hong Kongu przejawia zainteresowanie kulturą indyjską. Od 2004 roku - ponad 30 szkół i wyższych uczelni odwiedziło naszą świątynię. I studia jogi wyrastają w całym mieście. Nazajutrz pojechaliśmy z dużym harinamem do Sai Kung, miasta tuż na obrzeżach Hong Kongu. Dużo mniej komercyjne niż sam Hong Kong, prezentowało zwyczajną, chińską kulturę istniejącą poza miastami.
Podczas gdy ludzie w Hong Kongu wykazywali jakieś zainteresowanie naszą intonującą grupą, ludzie w Sai Kung zajęci byli swoją pracą i zdawało się, że prawie wcale nas nie zauważali. - Mądrzej byłoby gdybyśmy dalej intonowali w Hong Kongu – pomyślałem. Gdy już mieliśmy kończyć, minęliśmy starą chińską świątynię.- Czy cudzoziemcy mogą wejść do środka? – zapytałem lokalnego chińskiego wielbiciela. - Zobaczmy – odrzekł. Z pięcioma czy sześcioma bhaktami idącymi za nami, weszliśmy do świątyni.- Ile ona może mieć lat? – zapytałem cicho. Wielbiciele patrzyli na jakieś inskrypcje na ścianie. - Ma 140 lat – ktoś szepnął. Świątynia była słabo oświetlona i musiałem mrużyć oczy, aby zobaczyć ołtarz. W końcu udało mi się rozróżnić bóstwo wysokiego, brodatego mężczyzny w długich włosach. - Kto to? – zapytałem jednego wielbiciela.- Guan Gong. Jest słynnym wojownikiem, który wiele stuleci temu bronił tego rejonu przed watażkami z zewnątrz. Na ołtarzu znajdowało się mnóstwo zapalonych kadzideł. - Czy oni go czczą? – zapytałem. - O tak. Ludzie przychodzą tu, aby modlić się do niego o ochronę. Wierzą, że niektóre wyjątkowe osoby osiągają boskość po śmierci i mają nadprzyrodzone moce. Rozejrzałem się po świątyni i zobaczyłem stare, ścienne tkaniny dekoracyjne, dzwonki i przedmioty do czczenia. Ściany były mocno okopcone po 140 latach unoszenia się dymu z kadzideł. - Spójrz tutaj – mówił dalej bhakta. – Ludzie biorą te dwa drewniane kawałki - rozmiaru twoich pięści - i rzucają je przed Guan Gongiem. Jeśli oba wylądują gładkimi powierzchniami do góry, oznacza to, że Guan Gong zgadza się odpowiedzieć na pytanie. Zadajesz pytanie, a potem ciągniesz drewniany kijek z tego stosu ponumerowanych kijków. Sprawdzasz na nim numer, a potem idziesz tam, gdzie widzisz stos starych pergaminów. Wyciągasz pergamin, który zgadza się z numerem na twoim kijku i czytasz odpowiedź na swe pytanie. Chciałbyś spróbować? - Nie, dziękuję – odpowiedziałem z szacunkiem. Wyszliśmy ze świątyni. - Maharaja – powiedział bhakta – w kulturze wedyjskiej nie istnieje nic co nawiązywałoby do tego typu czczenia, prawda? - Tak naprawdę istnieje - dla pewnej klasy ludzi. To jest podobne do czczenia przodków. Kryszna mówi w Bhagavad-Gicie:
yanti deva vrata devan pitrn yanti pitr vratah bhutani yanti bhutejya yanti mad yajino'pi mam
„Kto czci półbogów, narodzi się pomiędzy półbogami; kto oddaje cześć przodkom, pójdzie do przodków, kto czci upiory i duchy, narodzi się pomiędzy takimi istotami; a ci którzy Mnie wielbią, będą żyć ze Mną.” [Bhagavad Gita, 9.25]
Tuż na zewnątrz świątyni minęliśmy duże palenisko, gdzie kapłan ofiarowywał do ognia rozmaite rzeczy zrobione z papieru. - Co on do licha robi? – zapytałem miejscowego bhaktę. - Ludzie wierzą, że można w ten sposób wysłać różne przedmioty swoim przodkom. Na przykład jeśli chcesz im wysłać samochód, ofiarowujesz papierowy samochód do ognia wraz z określonymi modlitwami.- Powróćmy do czystego intonowania świętych imion – powiedziałem. – Słyszę grupę kirtanową tuż za rogiem.Następnego dnia kontynuowaliśmy reklamowanie festiwali z dużym harinamem na promenadzie w pobliżu portu. Wielbiciele zmęczyli się po jakimś czasie, ale ja byłem zdeterminowany, aby przytrzymać ich na harinamie tak długo, jak to możliwe. - Będę szczęśliwy jeśli każdego wieczoru uda nam się zapełnić chociaż połowę sali – pomyślałem.
Gdy intonowaliśmy wzdłuż ulicy ponownie zostały nam przypomniane lokalne upodobania w jedzeniu. Mijając dużą restaurację, zobaczyliśmy spory szereg żywych owoców morza pływających w ogromnym akwarium, stojącym na zewnątrz restauracji. Były tam ośmiornice, węgorze, węże morskie, wielkie kraby i asortyment cudacznych ryb morskich, których nigdy wcześniej nie widziałem.Klienci zatrzymywali się i wskazywali pracownikowi, które stworzenie chcą. Ten sięgał po nie, łapał to wodne stworzenie i szybko zabierał je do kuchni. Pół godziny później lądowało już na stole klienta – gotowe do skonsumowania.Kiedy duża, dwunastoosobowa rodzina wybrała rybę prawie tak dużą jak ja, powiedziałem liderowi kirtanu, abyśmy szybko ruszyli dalej. Zwróciłem się do Gaura Hari’ego:- To łaska Pana Caitanyi. Nawet ludzie z takimi nawykami mogą zostać bhaktami.
Zacytowałem słynny werset z Śrimad Bhagavatam:
kirata hunandhra pulinda pulkasa abhira sumbha yavanah khasadayah ye'nye ca papa yad apasrayasrayah sudhyanti tasmai prabhavisnave namah
„Pan jest najwyższą siłą i dlatego też mieszkańcy prowincji Kirata, Huna, Andhra, Pulinda, Pulkasa, Abhira, Sumbha, Yavana, członkowie plemion Khasa i nawet inne osoby przywiązane do grzesznego działania mogą oczyścić się poprzez przyjęcie schronienia u bhaktów Pana. Pragnę ofiarować Mu pełne szacunku pokłony.” [Śrimad Bhagavatam 2.4.18]
- Maharaja – powiedział Gaura Hari – ‘Khasa’ odnosi się do Chińczyków. Ale ‘ye ‘nye ca papa’ oznacza ‘innych przywiązanych do grzesznych czynności’. To by obejmowało ludzi z Zachodu, takich jak my, prawda? Pomyśl tylko o tym, co serwują w restauracjach w Ameryce.Spokorniałem. - Tak, masz rację. My również byliśmy przywiązani do grzesznych czynności, zanim podjęliśmy świadomość Kryszny. Nie jesteśmy wcale lepsi od nich, tylko bardziej szczęśliwi - to wszystko. Ponieważ my już podjęliśmy świadomość Kryszny.Następnego ranka nasza festiwalowa grupa wraz z wieloma miejscowymi bhaktami udała się do audytorium, aby rozpocząć przygotowania na scenie.
Kiedy weszliśmy do środka stanęliśmy jak wryci. Tysiąc miejsc wdzięcznie schodziło kaskadą w stronę ogromnej sceny, którą dopełniało oświetlenie, jakie tylko można sobie wyobrazić, kurtyna i możliwości, konieczne dla profesjonalnego show. - Ta sala przyćmiewa audytorium miejskie w Melbourne, w którym występowaliśmy – powiedział jeden bhakta. Nie mogłem przestać wpatrywać się w imponującą scenę.- Nasz show zasługuje na taką oprawę – powiedziałem. – Prezentujemy najwyższą kulturę. W takim obiekcie ludzie będą mogli docenić naszą prezentację o wiele bardziej. Oby tylko przyszło wystarczająco dużo ludzi. To miejsce będzie wyglądało pusto - nawet jeśli pokaże się 500 osób. - Maharaja – powiedział któryś bhakta – Chandrasekhar powiedział, że w rezultacie harinamów sprzedaż biletów szła dobrze w ostatnich paru dniach. Wielbiciele byli ubrani i gotowi na dwie godziny przed programem. Wszyscy byli podekscytowani. To miało być odpowiednie zakończenie naszego dwumiesięcznego nauczania.
Spontanicznie zwołałem spotkanie ze wszystkimi. - Wyjeżdżam rano po ostatnim programie – zacząłem. - Chciałem tylko podziękować wam wszystkim za tę wspaniałą służbę, jaką wykonywaliście w czasie dwóch ostatnich miesięcy. Jestem pewien, że wszyscy z was będą pielęgnować wspomnienia tego tournee do końca swego życia. Ciężko pracowaliśmy szerząc przekaz Pana Caitanyi. Czasami było to jak picie gorącego soku z trzciny cukrowej: jest tak gorący, że pali ci usta, ale tak słodki, że nie możesz przestać go pić. - I mieliśmy tak wiele fajnych programów porannych – powiedział jeden bhakta. – Naprawdę podobało nam się wspólne intonowanie naszych rund i dyskutowanie nad Śrimad Bhagavatam.- I prasadam było cudowne – dodał ktoś inny. Potem nastąpiła chwila ciszy, gdyż wszyscy zdali sobie sprawę, że tournee już prawie się skończyło. Wielbiciele nagle posmutnieli. - Jedynym pocieszeniem – powiedziałem – jest to, że niedługo wszyscy będziemy znowu razem na naszym letnim festiwalowym tournee w Polsce. Wszyscy wznieśli gromkie okrzyki.
- Teraz przygotujcie się do wyjścia na scenę – powiedziałem entuzjastycznie. – Show zaczyna się za kilka minut. Chwila, na którą czekaliśmy cały tydzień, była teraz na wyciągnięcie ręki. Postanowiłem zajrzeć przez gigantyczną kurtynę na salę i zobaczyć ilu przyszło ludzi. Stanąłem przed kurtyną, zastygłem na chwilę, a potem odrobinę ją odchyliłem. Co za szok! Sala była prawie pełna. Rząd za rzędem, Chińczycy siedzieli, czekając cierpliwie na rozpoczęcie przedstawienia. W pierwszym rzędzie zobaczyłem wielu dygnitarzy, w tym Głównego Konsula Indii, rektora chińskiego uniwersytetu w Hong Kongu, wielu profesorów oraz kilku ważnych biznesmenów z Hong Kongu. Przez chwilę odczułem cień tremy. - Będziemy występowali przed wieloma dystyngowanymi gośćmi i widownią liczącą 900 osób – pomyślałem. Potem zaśmiałem się. – Występowaliśmy już przed setkami tysięcy ludzi na przestrzeni lat – pomyślałem. – I prawie zawsze doceniano nasz show. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Zresztą w takiej sali może być tylko lepiej. I było lepiej. Program tego wieczoru był bezbłędny, a publiczność była zachwycona każdą jego minutą. Zdawało się, że VIP-owie klaskali najgłośniej.
Następnego dnia sala była równie pełna i festiwal był jeszcze bardziej udany. Był to nasz ostatni pokaz na tym tournee i wielbiciele dali z siebie wszystko. Nazajutrz wczesnym rankiem Chandrasekhar odwiózł mnie na lotnisko. - No i jak podobały ci się te festiwale? – zapytał.- Doskonałe zakończenie wspaniałego tournee – odrzekłem.- Co dalej?- Lecę na Bali, w Indonezji. Tamtejsi wielbiciele zaprosili mnie, abym przyjechał i nauczał przez tydzień.- Och, to bardzo miło. To tropikalna wyspa. Planujesz również odpocząć?Zastanowiłem się przez chwilę.- W następnym życiu – powiedziałem, śmiejąc się. – Na razie jestem szczęśliwy nauczając w towarzystwie tak wielu kochających wielbicieli Pana.Gdy wsiadłem do samolotu, pomyślałem o czymś, co napisał Śrila Prabhupada:
„Staraj się zawsze pamiętać o Krysznie poprzez przestrzeganie zasad, które znasz; a mianowicie wczesne wstawanie, kąpiel, oczyszczanie się, udział w arati, czytanie pism co najmniej godzinę lub dwie dziennie, intonowanie szesnastu rund mantry Hare Kryszna na koralach, wychodzenie na ulicę na sankirtan, ofiarowywanie całego swego pożywienia Krysznie - właśnie tak. W ten sposób bardzo szybko zrobisz postęp w świadomości Kryszny i staniesz się bardzo, bardzo szczęśliwa w swym życiu.” [List Śrila Prabhupady do Susan Beckam, 29 wrzesień, 1972 rok]
|