W samolocie z Hong Kongu na Bali myślałem o rozmowie, jaką dzień wcześniej przeprowadziłem z moim bratem duchowym B.B. Govindą Maharajem. Mówiliśmy o spotkaniu Śrila Prabhupady na lotnisku w Detroit w 1971 roku. Było to nasze pierwsze spotkanie ze Śrila Prabhupadem i zapytałem Maharaja, czy pamiętał cokolwiek z jego powitalnej mowy.- Tak – powiedział, uśmiechając się. – „Proszę, uwierzcie mi, kiedy mówię, że nie jesteście tymi materialnymi ciałami.”- Niesamowite – powiedziałem. – Z tego wykładu pamiętam dokładnie to samo. Gdy szybowaliśmy w powietrzu, rozmyślałem o słowach Śrila Prabhupady: „Proszę, uwierzcie mi.” Myślałem o tym, jak każdy nauczający w świadomości Kryszny zawsze modli się, aby jego słuchacze przyjęli jego przekaz. Będąc w tym nastroju - nie posiadałem się z radości, czytając list, który kilka godzin później przyszedł drogą internetową od mojej uczennicy.
„Drogi Śrila Gurudevo. Proszę, przyjmij moje pokorne pokłony. Wszelka chwała Śrila Prabhupadzie. Dziękuję Ci ogromnie za sprowadzenie Twego festiwalowego tournee do Australii. Moja mama była bardzo poruszona wykładem, który dałeś na festiwalu w Sydney. Ostatnio byłam na rodzinnym obiedzie w jej domu i mój szwagier zapytał mnie, jak wielbiciele postrzegają obchodzenie dnia urodzin. Zaczęłam mówić mu o tym, jak to nie jesteśmy tymi materialnymi ciałami, ale duszą mieszkającą wewnątrz ciała.Nagle moja mama przerwała mi. Powiedziała: Tak, a kiedy umierasz, to jest to tak jak zdejmowanie starych ubrań i zakładanie świeżych i nowych. Ciało zmienia się, ale dusza pozostaje ta sama. Pozwoliłam mamie kontynuować, gdyż była taka entuzjastyczna. Przez kilka kolejnych minut cytowała wiele przykładów prosto z Twojego wykładu. Między innymi ten, że ciało jest jak samochód a dusza jak kierowca. W końcu wstała i kiedy wszyscy skierowali na nią swą uwagę, powiedziała: Tak więc możemy narodzić się jeszcze raz w tym materialnym świecie albo możemy wrócić do świata duchowego, który jest wieczny, pełen wiedzy i szczęścia.Na chwilę przerwała, a potem mówiła dalej: Zatem jasne jest, że najlepiej będzie, jeśli spróbujemy wrócić do świata duchowego. Wszystkich zatkało. Zaczęłam klaskać, a potem wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować. Następnie moja mama spokojnie usiadła na swe miejsce.Przed tym festiwalem nie była za bardzo zainteresowana świadomością Kryszny. W jakiś sposób – w rezultacie Twojej wspaniałej prezentacji – jej serce zmieniło się.
Twoja sługa, Vilasa Manjari”
Silniki nadal buczały, gdy skierowałem swe myśli ku Bali. Byłem tam raz – 15 lat temu. W tamtym czasie nasz ruch był tłumiony przez lokalnych braminów, którzy będąc głównie czcicielami półbogów, widzieli zagrożenie w naszym czczeniu Kryszny. Publiczne harinamy były zakazane, a wielbiciele musieli spotykać się w tajemnicy. Napięta sytuacja została ostatecznie rozwiązana gdy Bhakti Swarupa Damodara Maharaja spotkał się ze społecznością bramińską i zapewnił ich o naszym pragnieniu współpracy. Mimo iż Bali leży 6 tys. kilometrów od dzisiejszych Indii, kultura wedyjska panowała tam od tysięcy lat. Ten fakt zdaje się potwierdzać wypowiedź Śrila Prabhupady, a mianowicie, że kultura wedyjska istniała niegdyś na całym świecie.
„W czasach Maharajy Prithu światem rządził jeden cesarz, mimo że istniało wiele podległych państw. Tak jak w różnych częściach świata jest wiele narodów zjednoczonych, tak w dawnych czasach cały świat zarządzany był poprzez wiele państw, ale na czele wszystkich tych podrzędnych państw stał jeden najwyższy cesarz.
[Śrimad Bhagavatam 4.16.27, znaczenie]
- Jeśli znajdę czas – pomyślałem – poszukam dowodów na to, że starożytna kultura Indii istniała na Bali przez stulecia.W końcu kapitan ogłosił, że kołujemy nad Bali i wkrótce będziemy lądować. Kiedy wyjrzałem przez okno, byłem oszołomiony pięknem tej wyspy widzianym z lotu ptaka. Wyglądała jak zielonkawa perła umieszczona w mieniącej się na niebiesko muszli ostrygi. Kiedy podeszliśmy do lądowania, bujna, zielona, tropikalna sceneria zdawała się rzucać nam w objęcia. Po przejściu kontroli paszportowej i celnej odebrałem swoje torby i wyszedłem na zewnątrz lotniska, gdzie powitała mnie ciepła tropikalna bryza oraz grupa 30 entuzjastycznych bhaktów, prowadzących porywający kirtan. Gdy jechaliśmy do domu, w którym miałem się zatrzymać, wielbiciele powiedzieli mi, że temperatura na Bali zmienia się w ciągu roku tylko o kilka stopni, kwiaty kwitną bez przerwy, nie występują żadne cyklony, dzikie zwierzęta, jadowite węże ani pająki.
- Jak raj na ziemi – powiedziałem, gdy wjechaliśmy do Kuty - dużego miasta i popularnego ośrodka turystycznego. - Nie do końca – powiedział Padma Locan das, wskazując w stronę olbrzymiej, bogato zdobionej budowli, na której widniała długa lista nazwisk wytłoczonych złotymi literami.- Co to takiego? – zapytałem. - Nazwiska 202 osób, które zostały zabite w terrorystycznym bombardowaniu Jamaah Islamiyah w 2002 roku. Większość z nich była cudzoziemcami.Minęliśmy ten pomnik w milczeniu.Tego popołudnia pojechaliśmy na przejażdżkę po różnych częściach wyspy. Kiedy przejeżdżaliśmy przez małą wieś, poprosiłem kierowcę, aby się zatrzymał, abyśmy mogli pozwiedzać piechotą. Gdy przechadzaliśmy się po ryneczku, zobaczyłem wiele egzotycznych owoców, w tym owoc snakeskin (wyst. w Indonezji; w smaku pomiędzy ananasem a gruszką – przyp.tłum.), żółty arbuz i mangostan.
Zauważyłem również, że znajdowało się tam wiele świątyń.- Na Bali znajduje się ponad 11 tys. świątyń – powiedział Padma Locan. Przyszła mi do głowy moja idea połączenia obecnego życia religijnego Bali z duchową kulturą Indii.- Czy one są bardzo stare? – zapytałem. - Niektóre mają kilkaset lat. - Czyli nie są takie stare.- Ludzie tutaj nie wiedzą zbyt wiele o Krysznie – powiedziała Mahamuni dasi. – W nieomal wszystkich świątyniach na Bali czczą półbogów, przodków i duchy. - Duchy? – zapytałem.- Tak, czczą je, aby ich nie niepokoiły. Widzisz te wszystkie małe ofiarowania wzdłuż ścieżek przed domami? Nazywają się yajna-sesus. Są dla duchów. Rzuciłem okiem i zobaczyłem ofiarowania z owoców i kwiatów, jak również papierosy i wino w kubkach z liści. Po powrocie i odpoczynku pojechaliśmy na program do świątyni Radha-Rasesvara, położonej w dżungli dwie godziny od Denpasar, stolicy. To jedna z czterech głównych świątyń ISKCON-u na wyspie. Wielbiciele zrobili wielki kirtan na nasz przyjazd. Po ujrzeniu piękna wyspy dałem pierwszy wykład z serii jak wielbiciele muszą pozostać utwierdzeni w świadomości Kryszny i nie rozpraszać się urodą tego świata. Powiedziałem, że jedynym realnym zagrożeniem, jakie zobaczyłem na tej niebiańskiej wyspie Bali, to jej idylliczna natura, która mogłaby z łatwością sprawić, aby ktoś zapomniał o Krysznie. Wielbiciele przytaknęli na zgodę.
Następnego dnia udaliśmy się na przejażdżkę do innej części wyspy, aby intonować tam japa. W każdej wiosce zauważyłem w środku rond duże dioramy przedstawiające rozrywki Pana z Ramayany i Mahabharaty. W jednym miejscu zobaczyłem Pana Ramacandrę zaangażowanego w walkę z Ravaną; w innym Draupadi i jej pięciu mężów Pandavów. Yudisthira przedstawiony był na jednej wysepce ronda na małym ryneczku, a Hanuman - szybujący w powietrzu i niosący górę ziół dla Laksmana - został wybrańcem sąsiedniej wioski.Zdałem sobie sprawę, że chociaż dioramy były dość nowe, dawały dowód na to, że korzenie kultury wedyjskiej istniały tu od tysiącleci. Z takim rodzajem sztuki rozmieszczonej na całej wyspie, łatwo można pamiętać o Bogu. Wyglądało na to, że Bali ma to co najlepsze z obu światów. Dżungla zagęszczała się wzdłuż trasy, którą obraliśmy. Co jakiś czas widziałem kryształowo czyste wodospady spadające do dużych stawów. Małpy harcowały na skałach, kolorowe ptaki wlatywały i wylatywały z koron drzew, a motyle trzepotały dokoła. W którejś chwili Mahamuni zwróciła się do mnie. - Chciałbyś zwiedzić ogród botaniczny, Maharaja? – zapytała.- Cały wasz kraj jest ogrodem botanicznym – zaśmiałem się. Gdy ta dzika okolica oddalała się, zobaczyłem wiele kolejnych świątyń. Były wzniesione w otwartym stylu balijskim i wszystkie miały na ołtarzach ofiarowania ze świeżych owoców. Przejeżdżając przez most, zobaczyłem w jego czterech narożnikach wyrzeźbione dzikie postaci - ubrane w kolorowe, świeże ubrania.- A to co takiego? – zapytałem.- Pomniejsze bóstwa, które chronią podróżników – powiedział Padma Locan. – Jak widzisz ludzie dobrze opiekują się tymi bóstwami i wierzą, że w zamian bóstwa dobrze zaopiekują się nimi. Zrobiło na mnie wrażenie to, że Balijczycy uznawali siły natury jako osobowe – to że za każdym aspektem naturalnego świata stoją kontrolujące bóstwa. Niemniej jednak byłem zawiedziony, że zdawali się nie rozumieć, że istnieje najwyższa osoba, która ostatecznie kontroluje wszystko, i której każdy winny jest oddanie. Ale to nic nowego. Ten problem był szeroko rozpowszechniony 5 tys. lat temu. Kryszna mówi:
sa taya sraddhaya yuktas tasyaradhanam ihate labhate ca tatah kaman mayaiva vihitan hi tan
„Obdarzony taką wiarą, szuka on łaski określonego półboga i pragnienia jego zostają spełnione. Ale w rzeczywistości to właśnie Ja obdarzam go tymi łaskami. [Bhagavad-gita 7.22]
Wieczorem uczestniczyliśmy w programie w świątyni Gaurangi, w pobliżu Kuty.- Nie należy krytykować czczenia półbogów przez tutejszych ludzi – powiedziałem na wykładzie. – Pomimo iż wielu turystów, którzy tu przyjeżdżają, może uważać to za niecywilizowane, tak naprawdę jest to wyższe zrozumienie od tego, jakie prezentuje współczesna nauka, mówiąca, że wszystko jest dziełem przypadku. Niemniej możemy zaoferować im, że po prostu czcząc Krysznę, zadowalamy wszystkich półbogów, którzy są Jego wielbicielami.
Nazajutrz, gdy szliśmy po plaży intonując na koralach japa, usiadłem i rozważałem, że jeśli kultura wedyjska naprawdę kwitła na Bali tysiące lat temu, musi istnieć dowód na czczenie Kryszny, czy może Visznu, ponieważ w kulturze wedyjskiej czczenie półbogów i czczenie Najwyższej Osoby, Boga zawsze koegzystowały. Podszedłem do Mahamuni. - Wspomniałaś, że na Bali są tysiące świątyń – powiedziałem – ale we wszystkich, jakie widziałem, czczeni są półbogowie lub duchy.
Czy jest gdzieś świątynia, w której czczony jest Visznu? - O tak – odrzekła. – Pura Besakih. Nazywamy to Świątynią - Matką. To najświętsze miejsce na Bali. Czczeni są tam Brahma, Visznu i Śiva. - Niesamowite! – powiedziałem. – To właśnie chciałem usłyszeć. Czy ma również kilkaset lat, jak inne świątynie, które widzieliśmy? - Nie, ta ma 1700 lat. Zaniemówiłem.– To dowód, którego potrzebuję – powiedziałem w końcu. – To by popierało Bhagavatam, w którym jest napisane, że kultura wedyjska była swego czasu ogólnoświatowa. - Aby się tam dostać potrzeba trochę czasu – powiedziała Mahamuni. – Świątynia położona jest na Mount Agung, aktywnym wulkanie. Ale bez obaw. Ostatnim razem wybuchł on w 1964 roku. Wielu turystów udaje się zobaczyć świątynię, chociaż do wielu miejsc wstęp jest zabroniony. Właściwie jest to duży kompleks, na który składa się dużo świątyń - taka mała wersja Angkor Wat w Kambodży. -
Powinniśmy pójść tam jutro – powiedział Padma Locan. – To pomyślny dzień. - Co sześć miesięcy jest tam festiwal – powiedziała Mahamuni. - Wielu Balijczyków udaje się w tych dniach na pielgrzymkę, aby się modlić. Ludzie wierzą, że Bóg ocalił tę świątynię w czasie erupcji wulkanu. Lawa wydostała się kilka metrów od kompleksu świątynnego, ale nie uszkodziła żadnej budowli. Niedaleko całe wioski zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Zginęło tysiąc ludzi. Tego wieczoru miał miejsce program w ISKCON-owej świątyni Sandipani Muni w Denpasar. Kiedy przyjechałem, czekały na mnie setki bhaktów.- Gdziekolwiek mamy program jest na nim tak wielu radosnych bhaktów – powiedziałem do Padma Locana. – Jak wielu bhaktów mamy na Bali?- Ponad 2 tys. – powiedział z uśmiechem. Na wykładzie ponownie mówiłem o tym, jak piękno tego świata jest tymczasowe i że ostatecznie należy się go wyrzec. Lecz podkreśliłem, że prawdziwe wyrzeczenie oznacza zaangażowanie wszystkiego w służbę dla Boga i że bhaktowie powinni korzystać z naturalnego bogactwa tej wyspy, aby gloryfikować Krysznę.
Po wykładzie podszedł do mnie pewien bhakta i powiedział:- Korzystamy z piękna naszych plaż chodząc tam na Harinamy co sobotę i robiąc kirtany dla turystów.Kiedy pokazał mi zdjęcia, byłem zaskoczony widząc australijskich i europejskich turystów intonujących Hare Kryszna i tańczących z wielbicielami na plaży. Pogratulowałem mu skierowania uwagi amatorów opalania się na życie duchowe. Wcześnie następnego dnia pojechaliśmy do Pura Besakih. W czasie długiej drogi wiodącej po górzystym terenie pokrytym dżunglą po obu stronach, zdumiewałem się, że czczenie w tej świątyni trwa nieprzerwanie od 1700 lat. Nie mogłem się doczekać, aby chłonąć widoki i mieć szansę na znalezienie dowodów na związek z kulturą wedyjską w przeszłości Bali. W końcu dotarliśmy na parking położony kilometr od świątyni.- Tradycją jest przebycie ostatniego kilometra pieszo – powiedział Padma Locan. – Wspinaczka na górę daje czas na zastanowienie się nad wielkością Boga i tym, jak my jesteśmy Jego pokornymi sługami.Podejście było strome. Było gorąco i wilgotno. Z trudem pokonałem ostatni odcinek, zanim przeszliśmy przez małe wzniesienie. Nagle ukazała się nam gigantyczna świątynia oprawiona pięknem dżungli wyrastającej poza nią. - Mój Boże – wykrzyknąłem. – Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Przeszliśmy ostatnie 200 metrów i złapawszy oddech szliśmy dalej w górę po długich schodach prowadzących do pierwszego zespołu budynków świątynnych. Antyczność tego miejsca była wszechogarniająca. - Czuję się jak w innej epoce – powiedziałem do Padma Locana. Idąc słyszeliśmy kapłanów robiących ofiarowania w świątyniach. Podobnie jak inne świątynie, które widziałem na Bali, nie były to zamknięte budowle, ale otwarte i dostępne z każdej strony. - Nie znajdziesz tu bóstw – powiedział Padma Locan. – Tym różni się to od Indii. Tutaj uważa się, że bogowie przychodzą tylko wtedy, gdy są czczeni.Gdy szliśmy po wielkim kompleksie, byłem pod wielkim wrażeniem unikatowej architektury.
W końcu doszliśmy do otwartej przestrzeni, która prowadziła do rozległego dziedzińca, gdzie zobaczyłem wielu kapłanów ofiarowujących oblacje. - Turyści nie mogą tam wejść, tylko wyznawcy – powiedział Padma Locan – a za tym miejscem, gdzie czczą półbogów, znajduje się świątynia Visznu.- Właśnie ją przyszedłem zobaczyć – powiedziałem podekscytowany. – Jestem ubrany jak sannyasin. Czy mnie tędy przepuszczą? - Możemy spróbować. Włożyłem rękę do woreczka z koralami i zacząłem głośno intonować, tymczasem weszliśmy na ogrodzony teren. Padma Locan założył mi na głowę tradycyjny balijski kapelusz. Kiedy wkroczyliśmy na duży dziedziniec, kilku kapłanów przyglądało mi się podejrzliwie. Intonowałem głośniej. Wtem w połowie drogi, starszy kapłan podszedł do nas i powiedział coś do Mahamuni po balijsku.- No cóż – pomyślałem – przynajmniej bardzo się staraliśmy. Mahamuni odwróciła się do mnie i uśmiechnęła się. - Jeśli chcesz przejść przez ten kompleks – musisz pomodlić się wpierw do półbogów. Kapłan wyciągnął matę z kilkoma artykułami do czczenia, w tym kadzidło, świeczkę, owoc i przyprawy.- On chce, abyś ofiarował to półbogom. – powiedziała Mahamuni.- Ścisły vaisznava nie czci półbogów – pomyślałem, gdy przypomniałem sobie słowa Narottama dasa Thakury:
„O bracie, mówię ci, jeśli chcesz zostać czystym wielbicielem Najwyższego Pana, nie pragnij błogosławieństwa półbogów.” [Prema Bhakti Candrika]
- Jednak jeśli nie ofiaruję jakiegoś czczenia – pomyślałem – nigdy nie uda mi się dostać do świątyni Visznu. Kapłan stawał się coraz bardziej skrępowany moim wahaniem. Nagle wpadłem na pomysł. - W porządku – powiedziałem. – Usiądę i pomodlę się do półbogów. Dzięki łasce Kryszny czytałem 10 canto Śrimad Bhagavatam i ostatnio nauczyłem się na pamięć modlitwy, która wydawała się być doskonałą na tę okazję. Pokłoniłem się w stronę najbliższego ołtarza, a potem usiadłem. Zapaliłem kadzidło, ofiarowałem je i modliłem się:
katyayani maha maye maha yoginy adhisvari nanda gopa sutam devi patim me kuru te namah
„O bogini Katyayani, o wielka mocy Pana, o właścicielko wielkich mocy mistycznych i potężna kontrolerko wszystkiego, proszę spraw, aby syn Nandy Maharaja został moim mężem. Ofiarowuję ci moje pokłony.” [Śrimad-Bhagavatam 10.22.4]
Kapłan był pod wrażeniem i po ofiarowaniu nam trochę caranamrity, szczęśliwie wysłał nas do świątyni Visznu. - Jaki był cel twojej modlitwy? – zapytała Mahamuni. - Powtórzyłem modlitwę gopi – powiedziałem – o coś, czego jednak nie osiągnę w tym życiu. Posuwaliśmy się dalej po dziedzińcu, a potem kilka stopni w górę, dochodząc w końcu do szczytu wzgórza, na którym usytuowany był cały kompleks świątynny. Stamtąd mieliśmy bezpośredni widok na Mount Agung.- To musiało być przerażające, gdy wulkan eksplodował – powiedziałem. - Nadal jest aktywny – powiedział Padma Locan. – Od czasu do czasu bucha gęstym dymem i popiołem. To tylko kwestia czasu, kiedy wybuchnie znowu.- Miejmy nadzieję, że nie dzisiaj – powiedziałem z nerwowym uśmiechem. Skręciliśmy w lewo i idąc kolejne 50 metrów po kamienistej ścieżce doszliśmy ostatecznie do świątyni Pana Visznu.
Kiedy weszliśmy do środka, byłem zaskoczony, gdy zorientowałem się, że jesteśmy tam jedynymi pielgrzymami.- Tutaj - w Pura Besakih - jako najwyższego czczą Śivę, nie Visznu – powiedziała Mahamuni. - Jestem pewien, że nie zawsze tak było – powiedziałem. – Spójrz tylko na tę wspaniałą świątynię - misterność rzeźby kamiennej. W pewnym okresie Visznu musiał być tu głównym bóstwem. Nagle gdzieś z tyłu świątyni wyłonił się starszy mężczyzna ubrany na biało. - Kapłan – szepnął Padma Locan. Ofiarował Visznu miseczkę owoców na ołtarzu i wypowiedział jakieś modlitwy. Cierpliwie czekałem i kiedy skończył, podszedłem do niego. Z pomocą tłumaczenia Mahamuni, powiedziałem: - Proszę pana, jesteśmy wielbicielami Pana Visznu, czy też Kryszny. Jest nam bardzo miło widząc, jak robi pan dla Niego ofiarowanie z takim oddaniem. Pokornie spuścił głowę, ale nic nie powiedział. - Jak długo jest pan kapłanem w tej świątyni? – zapytałem.- Od kiedy byłem małym chłopcem. Mój ojciec był tu kapłanem, również jego ojciec i jego ojciec…- Ile ma pan lat? - 83.- Nie wygląda pan na tak sędziwy wiek. - W mojej wiosce mieszka kobieta, która ma 225 lat. Urodziła się w 1783 roku. Padma Locan otworzył szeroko oczy w zdumieniu.- We wcześniejszych pokoleniach wielu ludzi żyło tu dużo ponad 200 lat – mówił dalej kapłan. - Jak to możliwe? – zapytałem. Zaśmiał się. – Ciężko pracowali w polu – powiedział. – Pili wodę ze strumyków, jedli głównie ryż i warzywa i każdego dnia odwiedzali tę świątynię. - Każdego dnia odwiedzali tę świątynię – powtórzyłem, próbując zrozumieć jak to się miało do długowieczności. Uśmiechnął się. – Byli szczęśliwi – powiedział – ale nikt z nas nie będzie żył wiecznie. Ważne jest dokąd się udasz po śmierci. - Dokąd ma pan nadzieję się udać po śmierci? – zapytałem, chętny poznania realizacji tego, który służył Panu całe swe życie. Przez chwilę nic nie mówił patrząc na ołtarz. – Do Niego, oczywiście – powiedział. Kapłan zamilkł i dokładnie w tej chwili zaczęło padać. - Musimy już iść – powiedziałem. – Pański darsan był wart całej tej wyprawy w to miejsce. Jesteśmy szczęśliwi, że zobaczyliśmy tę starożytną świątynię, która jest żywym dowodem na to, że duchowa kultura Indii sięgała kiedyś daleko poza swe obecne granice i - co najważniejsze - nadal tworzy ludzi pańskiego kalibru, pełnego wiary w Boga.