Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej       

Hare Kryszna

ISKCON

uniwersalna duchowość

rozwój duchowy

bhakti-joga

joga

Bóg

religia

mantra

reinkarnacja

Kriszna

Krishna

Rama

Hare

Kryszna

hinduizm

krysznowcy

karma

Indie

Gaura

India

wyznawcy Kryszny

Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny

Bhagavad-Gita

Śrimad Bhagavatam

Festiwal Indii

Woodstock

Pokojowa Wioska Kryszny

vaisnava

waisznawa

waisznawizm

wajsznawa

wajsznawizm

religie wschodu

filozofia wschodu

duchowość

astrologia wedyjska

jyotish

przepisy wegetariańskie

kuchnia wegetariańska

joga

dezinformacja ruchów katolickich

serwis

portal

astrologia wedyjska

taniec indyjski

kalendarz księżycowy

muzyka indyjska

dharma

ayurweda

ayurveda

książki Prabhupada

nama-hatta

mantry

przepisy wegetariańskie

świątynia

festiwal

sekta

sekty

 
 
 
 
 
 
 
logowanie
rejestracja
regulamin strony
 
 
 
 
   Autor: Indradyumna Swami
dodał: admin    opublikowano: 2016-09-14    przeczytano: 397
kategoria: Wykłady - Indradyumna Swami
podkategoria: Pamiętniki
 
Powrót >>>     
 
Pamiętnik - “Rozrywki Świętych Imion” - Indradyumna Swami
 

Na początku marca wsiadłem do samolotu z Los Angeles do Atlanty, gdzie miałem złapać kolejny samolot do Santiago, w Chile. Minęły trzy lata od mej ostatniej wizyty w yatrze chilijskiej i byłem podekscytowany tym, że znowu spotkam tamtejszych bhaktów.Kiedy samolot wylądował w Atlancie, udałem się w stronę wejścia na pokład samolotu do Santiago. Pomieszczenie to było zatłoczone i jedyne wolne miejsce siedzące wypadało na wprost telewizora, w którym nadawane były wiadomości o kobiecie, która niedawno zachorowała w czasie lotu w Stanach Zjednoczonych.Gdy poprosiła stewardesę o tlen, najwyraźniej odmówiono jej. Kilka minut później kobieta ponowiła swą prośbę i widząc jej straszny stan, stewardesa próbowała podać jej tlen, ale butla tlenowa była wadliwa. Krótko po tym kobieta zmarła.Wiadomości podawały dalej, że linia lotnicza broniła swego postępowania, ale zdawało się być jasne, że doszło do zaniedbania po stronie załogi pokładowej. Raport kończył się radą na temat tego, co należy robić na wypadek, gdyby pasażer zachorował w podobnej sytuacji. - Zawołać kogoś z obsługi lotu, podać tlen i próbować uspokoić pacjenta – powiedział specjalny gość programu.- To okropne – pomyślałem. – Mogę jedynie przypuszczać, jak straszny może być taki incydent w czasie lotu.Nie musiałem długo czekać, by samemu się o tym przekonać. 

Wszedłem na pokład samolotu i zająłem swe miejsce, intonując cicho na koralach japa. Zostałem przeniesiony z klasy ekonomicznej do biznesowej, ponieważ zebrałem dużo punktów za częste latanie samolotem. Wszyscy pasażerowie siedzący wokół mnie wyglądali na zamożnych i za ten lot zapłacili tysiące dolarów.Mogłem wyczuć, że moja obecność sprawiała, iż paru z nich poczuło się niekomfortowo. Niedaleko kobieta, która opiłowywała pilniczkiem swe paznokcie, patrzyła na mnie podejrzliwie. Kiedy mężczyzna siedzący przy niej, czytający Wall Street Journal, spojrzał na mnie, pokiwał głową z dezaprobatą. Kobieta siedząca obok mnie nie odpowiedziała, kiedy zapytałem ją, czy to jej pierwszy lot do Santiago.Aby nie ściągać na siebie więcej uwagi, odłożyłem korale na bok i wyciągnąłem książkę, aby poczytać. Gdy ostatni pasażerowie już wsiedli, załoga pokładowa zajmowała się końcowymi obowiązkami przed zamknięciem drzwi do kabiny samolotu. Uśmiechnąłem się uprzejmie do kilku stewardes z naszej kabiny, gdy przechodziły obok, aby zająć się czymś na tyłach samolotu.Nagle mężczyzna siedzący w rzędzie po drugiej stronie zaczął się spazmatycznie trząść. Przewracał oczami, a z jego ust zaczęła wydobywać się piana. Na początku pomyślałem, że ma albo zawał, albo atak serca. Szybko rozejrzałem się, czy był obecny ktoś z obsługi lotu, ale wszyscy poszli na koniec samolotu. Pasażerowie wokół mnie zastygli w szoku. Kobieta opiłowująca paznokcie trzymała w bezruchu pilnik nad jednym palcem. Mężczyzna czytający gazetę gapił się przerażony, gdy tymczasem chory mężczyzna zaczął obsuwać się z fotela. Przypomniałem sobie radę z wiadomości telewizyjnych. Poderwałem się, chwyciłem tego człowieka i ostrożnie położyłem go w korytarzu między rzędami, stojąc nad nim okrakiem. Próbowałem go uspokoić, ale szybko tracił świadomość. Spojrzałem na innych pasażerów, którzy nadal gapili się w szoku – ich wygodna rzeczywistość została wzburzona przez paskudną scenę rozwijającą się na ich oczach.

- Niech ktoś zawoła kogoś z obsługi lotu! – krzyknąłem. Kobieta, która siedziała przy mnie, zamknęła ze strachu oczy. Inni odwrócili głowy i patrzyli przez okno. Spojrzałem na żonę tego mężczyzny, która zanosiła się od płaczu.- Czy on ma padaczkę? – zapytałem.- Nie! Nie! – powiedziała gorączkowo. – Nie ma.- Czy jest w trakcie przyjmowania jakichś lekarstw?- Nie! Nie! – powiedziała, kręcąc głową.- Czy od dawna choruje na serce?- Proszę, uratuj go! – krzyknęła. Jej mąż zaczął z trudem łapać powietrze. Próbowałem posadzić go tak, aby łatwiej było mu oddychać. Zacząłem również intonować - na początku cicho, a potem głośniej, ponieważ wyglądało na to, że może umrzeć.Podniosłem wzrok na pasażerów znajdujących się obok, którzy nadal siedzieli nieruchomo i się gapili. - Tlen! – wrzasnąłem. Nikt się nie poruszył.Musiałem zrobić coś, aby mi pomogli. - Na litość boską! – krzyknąłem. – Niech ktoś przyniesie tę cholerną butlę tlenową albo ten człowiek umrze! Poskutkowało. Dwóch mężczyzn poderwało się i pobiegło w stronę części kuchennej. Kilka sekund później wrócili z butlą tlenową. Gdy troje z nas zmagało się, aby ją uruchomić, założyłem mężczyźnie maskę na twarz. Nagle, kątem oka, zobaczyłem kilka osób z załogi pokładowej spieszących korytarzem. Po chwili dotarli i przejęli kontrolę nad sytuacją - podając tlen i przywołując pomoc medyczną przez komórkę. Przyszedł kapitan i poprosił o defibrylator - przyrząd stosowany podczas ataku serca. Z powodu ciasnoty nie mogłem wycofać się i siedziałem wbity w środek tej rozpaczliwej sceny. Mężczyzna wciąż się trząsł, wymachując rękami i krzywiąc się z bólu. 

Nie mogąc zaoferować już żadnej praktycznej pomocy, nadal wyraźnie intonowałem, aby mógł słyszeć każdą sylabę świętych imion. W pewnym momencie na chwilę odzyskał świadomość i nasz wzrok się spotkał. Chciałem powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze, ale czułem, że w tym przypadku może tak nie być. Pochyliłem się i intonowałem jeszcze głośniej, mając nadzieję, że gdyby opuszczał swe ciało, będzie miał na tyle szczęścia, aby słyszeć imiona Pana. Kontynuowałem intonowanie podczas gdy załoga próbowała mu pomóc. Ciągle zastanawiałem się, kiedy nadejdzie ekipa medyczna. Co jakiś czas załoga układała go w różnych pozycjach, starając się sprawić, aby było mu jak najwygodniej. Zanim w końcu nadeszła pomoc medyczna, wydawało się, że minęła cała wieczność. Wstałem, a potem usiadłem w fotelu tego mężczyzny, gdy ekipa ratunkowa położyła go na noszach i szybko zabrała. Jego żona poszła za nimi. W tym czasie prawie się nie poruszał. - Chyba nie przeżyje tego – usłyszałem jak mówi jeden z obsługi. Wróciłem na swoje miejsce i zacząłem znowu intonować na koralach. Serce wciąż mocno mi waliło i adrenalina gwałtownie rosła. Stewardesa podeszła do mnie i zaoferowała szklankę wody. Uspokoiwszy się, rozejrzałem się po kabinie. Kobieta, która opiłowywała swe paznokcie uśmiechnęła się do mnie delikatnie, jak gdyby dając do zrozumienia, że jest wdzięczna za to, co zrobiłem. Kiedy zerknąłem na mężczyznę z gazetą, pokiwał głową z aprobatą. Pani siedząca obok mnie w końcu odezwała się. - Dziękuję – powiedziała. 

Wkrótce zamknięto drzwi do kabiny. Byłem wycieńczony tą przeprawą i niedługo zasnąłem. Gdy się obudziłem, byliśmy już w powietrzu i większość pasażerów wokół mnie spała. Podniosłem się w ciemności i myślałem o tym incydencie. – Nigdy nie wiadomo – pomyślałem. – Nigdy nie wiadomo, kiedy taka rzecz przytrafi się nam. Takie sytuacje widzimy głównie w wiadomościach i zawsze zakładamy, że to przydarza się tylko innym. Modlę się, aby kiedy nadejdzie mój czas, znalazł się ktoś, kto również będzie intonował święte imiona dla mnie. Im więcej o tym myślałem jednakże, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że ponieważ często podróżuję sam, mogę być równie sam czy z grupą obcych ludzi, kiedy będę opuszczał ten świat. Ta myśl nie dawała mi spokoju. - Co jeśli nagle odszedłbym na atak serca w samolocie - 37 tys. stóp nad ziemią? – pomyślałem. – Albo w łóżku, w nocy, samotnie w jakimś odległym kraju? Lecz nawet najlepiej zaplanowane odejście - w otoczeniu kochających wielbicieli - może być żenującą sprawą. 

Śmierć jest trudna dla każdego. Kiedy ten dzień przyjdzie, mam nadzieję, że zapamiętają mnie za moją służbę, a nie za to jak umarłem.Pomyślałem o historii, którą niedawno usłyszałem. Pewną osobę zapytano, jak zmarł jej przyjaciel. „Nie pytaj mnie jak umarł” – odrzekła. „Zapytaj jak żył.” 

Dziewięć godzin później nasz samolot wylądował w Santiago. Gdy pasażerowie wysiadali, główna stewardesa podeszła do mnie i poprosiła, abym został jeszcze kilka minut. Siedziałem cierpliwie i kiedy wszyscy pasażerowie opuścili samolot, wróciła z kilkoma innymi stewardesami. - Chciałyśmy podziękować panu za szybką akcję pomocy temu człowiekowi – powiedziała. – Być może uratował mu pan życie. - Jestem szczęśliwy, że mogłem pomóc – odrzekłem. – Chociaż nie zrobiłem wiele. To wy wszyscy zapewniliście mu pomoc medyczną, której potrzebował. - To, co naprawdę doceniałyśmy – powiedziała inna stewardesa – to uspokajający wpływ jaki miał pan na wszystkich. Kiedy pan śpiewał, wydawało się, że wszystko będzie dobrze. - Tak – powiedziała kolejna stewardesa. – To było bardzo szczególne, tak bardzo podnoszące na duchu. - Co dokładnie pan śpiewał? – zapytała jedna stewardesa. - Imiona Boga – odparłem. – Wyznaję wiarę z Indii, gdzie Bóg nazywany jest Kryszną. Starożytne pisma indyjskie mówią, że gdziekolwiek intonowane jest imię Boga, nie ma czego się obawiać. - Tak więc teraz wszystko jasne, prawda panie? – powiedziała główna stewardesa.- Tak – odpowiedziały.- I to panu musimy za to podziękować – powiedziała do mnie stewardesa.- To nie mi – odrzekłem z uśmiechem. – To były Święte Imiona Pana. Jeśli więc następnym razem stanie się coś strasznego, proszę pamiętać, żeby śpiewać Hare Kryszna. - Może pan zapisać nam tę pieśń? – powiedziała inna stewardesa.- Tak, oczywiście. Gdy dałem im kartkę papieru z napisaną na niej maha mantrą, sięgnąłem po moje podręczne rzeczy. Ale stewardesy chwyciły je pierwsze, a potem odprowadziły mnie do drzwi. Przechodząc przez kontrolę paszportową i idąc po odbiór bagażu, nie mogłem przestać zachwycać się tą rozrywką świętych imion. 

W Śrimad Bhagavatam jest napisane: 

tasmat sankirtanam visnor jagan mangalam amhasam 
mahatam api kauravya viddhy aikantika niskrtam

„Śukadeva Gosvami kontynuował: Mój drogi królu, intonowanie świętego imienia Pana jest w stanie wykorzenić reakcje nawet największych grzechów. Dlatego to intonowanie ruchu sankirtanu jest najbardziej pomyślną czynnością w całym wszechświecie. Proszę, spróbuj to zrozumieć, tak aby inni potraktowali to poważnie.”
[Śrimad Bhagavatam 6.3.31]

Przetłumaczyła: Kalyani d.d.

 
Powrót >>>     
Udostępnij:
   
 
  komentarzy: 0     0   0  
 
Aby dodawać komentarz do artykułu musisz być zalogowany.
zaloguj.
 
 
 
OSTATNIE NA FORUM
Bhaktivinoda Ṭhākura i jogin
(25-06-2026 16:24:19)
 
Re: KUPIĘ Śrimad Bhagavatam, Canta 01-07
(22-05-2026 12:32:32)
 
Biblioteki Kryszny
(07-03-2026 12:15:45)
 
Prawo państwowe a religijne
(18-09-2025 13:58:24)
 
Re: Wedyjski Adam, Ewa, Jezus oraz Potop
(26-05-2025 18:24:54)
 
Re: Weganizm - satanizm?
(19-05-2025 11:26:40)
 
Re: Mleko
(15-05-2025 10:27:33)
 
 
LINKI
 
 
 
 
 
 
 
TAGI
Święte Imię   Kryszna Katha   Varnaśrama   Filozofia   Kryszna   Mahatma das   Krishna Kshetra Swami   Prawo karmy   Polityka   Monarchia   Homoseksualizm   Kobiety   Astrologia   Chrześcijaństwo   Aborcja   Trivikrama Swami   Prabhupada  
 
Copyright © 2016. All Rights Reserved.  Created by Future Project